Cisza Jak Ta
Cisza Jak TaCisza Jak TaCisza Jak Ta
© Copyright Cisza Jak Ta

BLOG - OSTATNI WPIS

Czerwiec 2018, czyli „A My Jak Dzieci…”

4 października 2018

Wszystkie utwory muzyczne na całym świecie można podzielić umownie na dwie kategorie: molowe i durowe (jak już się zdążyliście zorientować, nazwy wzięły się od tonacji i określają czy utwór brzmi smutno czy wesoło – tak w ogólnym skrócie). Niemal dokładnie rok po naszej pierwszej wizycie w Dąbrówce, Robert Niedziałek zaprosił nas ponownie, tym razem na dwa koncerty! W związku z tym, aby nieco zróżnicować występy, postanowiliśmy pierwszego dnia zagrać molowo, wybraliśmy więc z naszego repertuaru utwory bardziej do posłuchania, refleksji, zadumy. Dodatkowo pasowało to do aury, gdyż było potwornie gorąco więc i nasza żywiołowość „zrobiła sobie wolne” ;P Standardowy set koncertowy może pomieścić ograniczoną ilość muzycznych opowieści i często musimy wybierać co zagramy „obierając” listę z pozycji, które zasługiwałyby na prezentację, lecz z braku czasu nie zmieszczą się. Tu mogliśmy wrócić do już troszkę zakurzonych piosenek, rozciągając umownie setlistę na 2 dni 🙂 Okoliczności koncertu, mimo iż nie były dla nas niespodzianką, były zabawne, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że najczęściej można nas spotkać w domach kultury
dabrowka stodoladabrowka scena
Żar lał się na nas z nieba, ale Robert nie pozwolił nam wyschnąć i poczęstował nie byle jakim trunkiem:
dabrowka ondzia
Niby zwykła, niebywale bogata w witaminy z grupy E, woda z farbką, ale aż się łezka w oku zakręciła, gdy można było poczuć smak dzieciństwa… (i mentalnie do tych szczenięcych lat na chwilę powrócić) dabrowka selfiak
Aby choć trochę uciec od niemożliwego upału, spróbowaliśmy zrobić przeciąg na scenie ale i tak przez cały koncert zastanawialiśmy się jak Wy wytrzymujecie, my chociaż mieliśmy dwa wiatraczki ( no ok, Michał ma, ale każdy z nas starał się troszkę uszczknąć z tego wiaterku) 😉
dabrowka widowniadabrowka 4
Po koncercie udaliśmy się na jeszcze jeden mały recital dwóch młodych muzyków w okolicznościach przyrody dabrowka koncert after
a zaraz po nim na grilla z każdym, kto po tych koncertach jeszcze chciał z nami zostać
dabrowka grill 2dabrowka grill
kiedy czekaliśmy na kiełbaski, odbyło się nawet małe jam session
dabrowka majki i harmonijkarzdabrowka afterekdabrowka grill 3
Przemiły wieczorek niestety zakończył się awanturą… Okazało się, że naszego noclegu pilnuje jakaś straszliwa bestia – tak wynikało z odgłosów dobiegających z budynku, które przeraziły zarówno nas jak i naszego Junka, jednak on, w przeciwieństwie do nas, nie miał już wewnątrz wszystkich walizek i mógł po prostu skapitulować. Tym samym Michał z naszym (prawie obronnym) pieskiem udał się w poszukiwaniu alternatywnego miejsca spoczynku <rany jak to brzmi, ale nie takiego „wiecznego” przecież… ;P> a pozostali musieli jakoś opanować strach i wkroczyć na terytorium strzeżone przez Bestię <co już bardziej prognozowało wyżej wymieniony wieczny spoczynek>… Jakoś uszliśmy z życiem i rano okazało się, że ów postrach okolicy wygląda całkiem łagodnie 😀
Dabrowka Ola i dyzio
jest to jedyne, wyraźne, zdjęcie Dyzia, pozostałe 142 były rozmyte, gdyż ten mały ADeHaD-owiec nie dał się tak łatwo sfotografować i biegał w kółko energicznie machając psim odpowiednikiem śmigiełka 🙂 Cały Dzień Dziecka spędziliśmy na unikaniu słońca
dabrowka
<te zdjęcie zostało zrobione ok 9 rano>
a Robert zorganizował maluczkim przeróżne atrakcje, jak warsztaty z wyplatania koszy wiklinowych czy zbierania miodu z plastrów. Można było także zobaczyć rzeźbienie w drewnie, lecz tu już w wykonaniu miejscowych specjalistów – w końcu w użyciu były niebezpieczne narzędzia. Na obiad zostaliśmy poczęstowani zaskakująco smaczną potrawą – makaronem z boczkiem i twarogiem 🙂 Szczerze mówiąc nikt z nas nigdy wcześniej nie próbował takiego połączenia, widocznie jakiś lokalny przysmak 🙂 Przed samym koncertem, dzieciaki zabawiał pan Animator, który miał ze sobą maszynę do robienia bąbelków (chcieliśmy ją pożyczyć w trasę, ale się nie zgodził).

Drugi występ wypełniły piosenki durowe – radosne, skoczne, lżejsze niż te, które wybrzmiały dnia poprzedniego – w końcu Dzień Dziecka 🙂 Po występie znów zorganizowano mały afterek, tym razem ognisko w okolicach – powiedzmy – centralnego miejsca Dąbrówki, czyt. sklepu :), aby więcej osób poczuło się zaproszonych. Tak w Dąbrówce, Drodzy Czytelnicy, spędza się czas, na współbytowaniu, a nie ciągle siedząc z nosami w telefonach i tabletach – ciekawe czy dlatego właśnie nie ma tu zasięgu czy dlatego, że go nie ma… 😉 Za ponowne zaproszenie i ugoszczenie nas chcemy podziękować Robertowi Niedziałkowi, a za obecność oraz zdjęcia Gosi i Robertowi Mukowskim. Dziękujemy Dąbrówka.
Po odzyskaniu zasięgu i obowiązkowym zameldowaniu się rodzinom („ojej Mamuś, odwołaj poszukiwania, nic mi nie jest, po prostu nie miałem jak zadzwonić”) jedziemy dalej…
– Gdzie?
– TAM
– Ale gdzie tam?
– No tam, na Maciejową – na TAM!
;P
Po drodze zdarzyła nam się mała awaria klimatyzacji <a jakże by inaczej>. Zabawne, bo zwiększenie siły nawiewu powodowało jedynie wzrost hałasu zamiast chłodzenia ;P W trakcie poszukiwań serwisu klimatyzacji, oczywiście nie piekliśmy się biernie w naszym grillu na kółkach tylko próbowaliśmy jakoś ustawieniami przywrócić ją do „życia”. Najciekawszym efektem było, że ściszenie muzyki powodowało delikatny wzrost mocy urządzenia, więc musieliśmy wybierać pomiędzy najnowszą płytą Sławomira, a klimą… Trudno w to uwierzyć, ale to nie był najgorszy dylemat 😉 okazało się, że tuż pod warsztatem klima w magiczny sposób zaczęła działać poprawnie <ŻARTOWAŁAM! JUŻ BĘDĘ DZIAŁAĆ TYLKO WYŁĄCZCIE TĘ KAKOFONIĘĘĘĘĘ!!!!!> a to wbrew pozorom było kłopotliwe, gdyż utrudniało prawidłową diagnozę. Po jakimś czasie (którego nie mieliśmy w nadmiarze już w momencie wyjazdu, a przez tę przygodę byliśmy w czarnej dup… yyy… tzn. zawisły Czarne Chmury Nad Nami <rany nieświadomie przemyciłem tekst piosenki Zenka Martyniuka, pomyślicie, że w domu słucham… Szybko! „I’m On The Hiiiiiiighway To Hell!!!” ;P>) serwisant stwierdził, że najwidoczniej klima działa poprawnie, tylko przy takich temperaturach nie wyrabia na dużej powierzchni auta a za dodatkowy argument miał, że on także słucha Sławomira i w jego mniejszym Golfie klima działa <nie no dobra – to już zmyśliłem… nie miał Golfa… 😉>
Na szczęście udało się zażegnać kryzys, przy ciągle panującym niemiłosiernym upale, nie wiem jak byśmy dali radę bez niej.
tam awaria
Na zaproszenie Tomka Jarmużewskiego mieliśmy wystąpić na Turystycznej Awangardzie Muzycznej w Bacówce na Maciejowej, jednak aby dostać się na górę z całym sprzętem, musieliśmy go przepakować do bardziej specjalistycznego auta niż nasz niedostosowany do takiej trasy bus.
tam 1
Z pomocą przyjechał Konrad, który mimo młodego wieku i głębokich wertepów, prowadził schroniskowe auto bardzo pewnie, przeradzając naszą przejażdżkę w zabawną przygodę 🙂
tam
Bezpieczni na górze, spotkaliśmy wiele znajomych twarzy, owe spotkanie zaowocowało nawet ciekawym zderzeniem muzycznych gigantów zdarzeniem muzycznym w wykonaniu sekstetu egzotycznego
tam sekstet
<zdj. Anna Kołodziej>
Pikanterii całej sytuacji dodaje fakt, iż widoczni na zdjęciu od lewej: Tomek Jarmużewski, Robert Marcinkowski, Grzegorz Śmiałowski, Michał Łangowski, Wojtek Szymański (oraz Juno) to wszak Giganci Projektu W Górach Jest Wszystko co Kocham, tu po latach, znów zagrali razem 🙂
Sielankowość pobytu w Bacówce na Maciejowej udzieliła się każdemu i przed koncertem można było się nieco zrelaksować, przy okazji robiąc próbę. Tym bardziej, że z racji okoliczności schroniskowych, postanowiliśmy użyć Cajon’u zamiast perkusji i trzeba było się przygotować.
tam 6
W zanadrzu mieliśmy oczywiście alternatywne rozwiązanie, sami oceńcie czy byłoby lepsze ;P

Wnętrze bacówki wypełniło się po brzegi
tam 5
i początkowo myśleliśmy, że to chętni, skuszeni perspektywą wspólnej fajki pokoju czy coś w tym rodzaju ;P
tam 3
jednak to występ – niespodzianka, zgromadził tyle osób, na scenie pojawił się bowiem duet: Agata Świerczyńska & Wojtek Szymański z gościnnym udziałem Grzegorza Śmiałego
tam 7
Występu wysłuchaliśmy z zewnątrz, chcąc poniekąd nawdychać się tlenu na zapas, ten przecież został na scenie wyparty przez naszą liczną gromadkę 🙂
tam scena selfie
Choć od niepamiętnych czasów nie graliśmy koncertu o tak późnej porze, (dla kontrastu – w Dąbrówce dzień wcześniej już o godz. 19 byliśmy po :P) niezwykle radosny to był występ. Towarzyszyli nam nie tylko wszyscy zgromadzeni, wspólnie z nami śpiewając, ale także Michał Payonk na djembe czy Ania Kołodziej na shaker’ze (dzięki za dźwięki!). Pomiędzy piosenkami można było usłyszeć z ust najmłodszych uczestników wielokrotnie powtarzany okrzyk „IKSDE” i jeszcze długo po koncercie zachodziliśmy w głowy o co chodziło. Jak się okazało, oznacza to fonetyczny opis emotitionki „XD” i w ten sposób dzisiejsza latorośl wyraża, bądź co bądź, pozytywną reakcję <żeby nie było – autor się adaptuje> :O chociaż chciałoby się rzec: „a za naszych czasów…” ;P
Magiczna atmosfera spowodowała również, że na bis zagraliśmy niechcący nieoficjalny hymn wydarzenia, zamieniając w piosence Wyspa słowa „Najpiękniej Wiatr Układa Piach, Tam Gdzie Nas Nie Ma…”  na „…Tam Gdzie Jest TAM” 😀
Pomyśleliśmy, że z uwagi na potrzebę dość wczesnej pobudki również śniadanie trzeba było zjeść wcześniej i nawet może troszkę przegięliśmy, no ale w tak doborowym towarzystwie, jak uczestnicy TAM’u, to jajecznica o 1 w nocy smakuje wyjątkowo 😀 (przy okazji pragniemy podziękować ekipie bacówki pod wodzą Piotra Zagórskiego, za wspaniałą gościnę). Dziękujemy Tomkowi za zaproszenie na tę zacną imprezę. Nazajutrz załapaliśmy się jeszcze na tradycyjne odśpiewanie przez wszystkich (już oficjalnego) TAM‚owego hymnu i pośpieszyliśmy w dół.
Podróż, jak to w naszym przypadku, nie mogła jednak obyć się bez przygód i przez liczne utrudnienia i korki na drodze znów jechaliśmy w przeświadczeniu spóźnienia :/ Wroclaw Korek na a4 balice
Postanowiliśmy więc, że już po drodze wykonamy wszelkie konieczne przygotowawcze czynności jak makijaż (nie muszę dodawać, że panów to nie dotyczyło?) prasowanie koszul, zamawianie obiadu (czyt. pizzy, bo można z kawałkiem w dłoni rozkładać kable na scenie) czy choćby zrobienie próby… No dobra, już tak nas dobrze znacie, że wiecie o braku prób <co każdorazowo potwierdzamy poziomem koncertu 😉 > no ale przynajmniej ustaliliśmy jakie utwory zagramy, co najczęściej wynika albo 5 min przed koncertem albo już w trakcie ;P  Żarty się skończyły gdy z 3 godzin, które uznajemy za standard jako potrzebne do właściwego przygotowania występu, a zawierające choćby czas na toaletę, zostało nam 1,5 godz. No cóż, ogólnym skrótem mówiąc udało się, jednak na przykładzie autora, warto wyciągnąć wnioski, że opróżnienie pęcherza przed niemal 2 godzinnym koncertem jest niezwykle komfortowym, a jednocześnie niedocenianym zabiegiem ;P
Dziękujemy Wrocław.
Kolejny weekend rozpoczęliśmy i zakończyliśmy w Gostyniu. Nieczęsto się zdarza, że gramy pojedynczy koncert, ale na zaproszenie Brata Roberta zrobimy wyjątek 🙂 Najpierw zabrał nas na obiad <no i się wydało jaki miał sposób, by nas ściągnąć ;P>, a ostatnim razem korzystając z okazji zwiedziliśmy też cały Klasztor Księży Filipinów na Świętej Górze, więc mogliśmy zabrać się od razu za przygotowanie sceny. gostyn 2gostyn 1
Miniuś, jak widzicie, miała oryginalnego kompana podczas występu ;P
W trakcie koncertu spotkała nas niesamowita niespodzianka, między utworami na salę wjechał urodzinowy tort! Fajnie mieć urodziny, choć niespecjalnie obchodzimy tę 15 rocznicę, to taki symboliczny gest ze strony Przyjaciół zespołu jest bardzo miły. Oczywiście, aby nie zakłócać przebiegu koncertu, obiecaliśmy, że na wszystkich chętnych torcik będzie czekał po występie 🙂 A gości było wielu, Robert bardzo zaangażował się bowiem w organizację tego koncertu na wiele miesięcy przed, za punkt honoru stawiając sobie zapełnienie sali i nawet obawialiśmy się, czy aby starczy naszego tortu dla każdego, gdyż udało mu się to w 100% 😉
gostyngostyn tort
< aż żal było kroić>
Właśnie, skoro o tym mowa, to zostaliśmy zobowiązani do pokrojenia i poczęstowania gości, co nie było łatwym zadaniem, widocznie muzycy to tylko z instrumentami muzycznymi sobie jako tako radzą 😉
gostyn after
Niestety planowany grill musiał odbyć się poniekąd „zaocznie” z powodu pogody przenieśliśmy więc imprezę do wewnątrz. Goście nawet przypisywali nam spowodowanie deszczu, więc na następny koncert w tym miejscu, umówiliśmy się koniecznie w okresie zimowym, aby przywieźć ze sobą śnieg ;P Dziękujemy za przemiłą gościnę oraz afterek w rodzinnym gronie, wzbogacony małym recitalem w wykonaniu zarówno młodszych, jak i starszych artystów ;P Do zobaczenia w Gostyniu.

Po wypoczynku po jakże wyczerpującym tourne… ;P jedziemy dalej. Upał jeszcze nie odpuścił lecz kierowcy, zdaje się, są bardzo zaradni w takich sytuacjach – a przynajmniej ten napotkany gdzieś po drodze 😉
lodz klima
Czwartkowy koncert w Pubie Keja w Łodzi, zainaugurował kolejną traskę. W tym przyjaznym miejscu czujemy się już prawie „jak u siebie” 😉 lodz-2.jpg
Próbę przeprowadziliśmy więc, można by rzec na pamięć i bardzo zgrabnie, co ma nie lada znaczenie logistyczne, jak zwykle bowiem chętni na gościnę u Krzyśka Zendeła, na długo przed rozpoczęciem, szczelnie wypełnili wnętrze Kei.
lodz
Nic dziwnego, że ludzie tak tu lgną, Krzysiek zdołał już przekonać do tego miejsca organizując, co i rusz przeróżne koncerty i inne eventy, jak choćby cykliczne śpiewanki. Najwidoczniej Słuchacze trenują na nich często, gdyż, jak zwykle, razem z nami prześpiewali cały koncert. Po koncercie udaliśmy się na nocleg, jednak z racji lokalizacji hotelu przy torowisku, całą noc wsłuchiwaliśmy się w odgłosy uderzeń tramwajowych kół o szyny zamiast spać… :/ Dzięki Krzyśku, dziękujemy Łódź (za piękny koncert – nie za tramwaje :P)

W piątek udaliśmy się do Grudziądza, na prywatną imprezę, a konkretnie – nasz koncert miał uświetnić 10 rocznicę ślubu Kasi i Andrzeja. Po drodze poznaliśmy nowe stroje obowiązujące pracowników stacji ;Pgrudziadc5ba-stacja-w-drodze-do.jpg
Po tym, jak dotarliśmy na miejsce, okazało się, że w restauracji odbywają się jednocześnie 3 imprezy („nasza”, jubileusz jakiegoś starszego pana oraz… stypa) i jak nam opowiedziała jedna z kelnerek, musiały one być nieustannie czujne i orientować się, na której sali właśnie się znajdują. Pal licho jak na tę ślubną pani kelnerka weszłaby ze smutną miną właściwą dla powagi stypy, gorzej jakby była to sytuacja odwrotna… ;P
grudziadz 11grudziadz 6
Nasz występ miał być jedynie krótkim wstępem do imprezy, dlatego też jednocześnie z nami swój sprzęt rozłożył DJ, który miał poprowadzić główną część wieczoru, a z czego i my mieliśmy okazję skorzystać po koncercie <jak z resztą widać na załączonym obrazku ;P >
grudziadz 1
Nasze dziewczyny wygrały nawet konkurs z western’owym układem tanecznym <szkoda, że nie mam udokumentowanego tego zdarzenia, szkoda… ;P> Podczas wesołego wieczoru usłyszeliśmy wiele komplementów na temat naszego koncertu, dosyć niespodziewanie, bowiem niektórzy z gości raczej nie sprawiali wrażenia fanów szeroko rozumianej poezji śpiewanej ;P Dla przykładu przytoczę wypowiedź jednego z gości (bardzo sympatycznego wbrew wrażeniu, jakie sprawiała choćby jego atletyczna postura):
– Ej! Na co dzień słucham POPKA, ale wasz koncert… szaaaacuneczek… a MOJA… (pauza na, niezwykle wyczerpujący o tej porze nocy, wdech świeżego powietrza) też lubi… ;P Spania raczej nie uświadczyliśmy w nadmiarze, tańce trwały bowiem do białego rana, w rytm najdłuższej na świecie wersji utworu Cotton Eye Joe grupy Rednex (czyt. całonocne tupanie) Dziękujemy za zaproszenie Kasiu, Andrzeju i życzymy kolejnych wspólnie przeżytych pięknie lat 🙂
Na zakończenie wybraliśmy się do Starego Bosewa na bardzo wyjątkową imprezę 🙂 Konkretnie można by to nazwać mini Zlotem Ciszaków i, mimo iż nie byliśmy organizatorami, to spotkanie z Przyjaciółmi można by powiedzieć było takim zlotem w pigułce 😉 Same znajome twarzyczki zjechały się do Anity Skibińskiej, nic więc dziwnego, że było bardzo rodzinnie.
No ale od początku: najpierw sporo czasu zajęło nam przywitanie się ze wszystkimi, tym bardziej, że każdy miał dla nas przygotowany jakiś poczęstunek (a także coś do zjedzenia – if You know what I mean – hehe ;P) musieliśmy jednak pozostać w trybie „jesteśmy tu w pracy” (cudzysłów uzasadniony) czyt. przygotować koncert od strony technicznej. Wybrać miejsce nie było łatwo: tutaj pod słońce, tutaj nierówne podłoże (co najbardziej przeszkadza w ustawieniu perkusji) tutaj mrowisko itp. Dodatkowym utrudnieniem było nieustanne dokarmianie, bo albo ktoś coś przygotował, albo właśnie dojechał i częstował ciastem, no nie ma jak spokojnie sprzęt rozstawić – dziękujemy „męskim” Ciszakom za pomoc w noszeniu ;Pbosewo zyzy i mariol
Uczestnicy też byli zajęci rozstawianiem miejsc do spania, więc na podwórzu (lub na polu jeśli jesteś ze Śląska; chociaż tu to nawet dosłownie „na polu”) było gwarno, hucznie i radośnie 🙂
bosewo 12bosewo 3bosewo 2bosewo 1
Trochę pozwoliłem sobie pożartować z tym, że jesteśmy „w pracy” bowiem Nasze spotkanie miało charakter bardzo luźny, o czym świadczy choćby obecność elementu baśniowego 😉
bosewo element basniowy 2bosewo element basniowy
Sam koncert był praktycznie prześpiewany bardziej przez Was dla nas, jak to na zlotach 🙂 a i zaraz po nim dźwięki gitar nie milkły.
bosewo 6bosewo 8bosewo 11
bosewo-pochodnie-e1538520287895.jpg

Chętnych do przejęcia inicjatywy nie brakowało: Asia, Rafał, Maciek, Radomił, Anita, Monika, Maciek i Maciek ;P Agnieszka feat. Feniks; do białego rana, w blasku żywego ognia, gitara, czy inne instrumenty perkusyjne, wędrowały z ręki do ręki, dzięki czemu mogliśmy dla odmiany pełnić role słuchaczy – bardzo to miłe 🙂 Nie tylko dla duszy była to uczta, tyle pyszności w życiu nie uświadczyliśmy na żadnym koncercie i ciężko będzie to przebić organizatorom 😉 <moim osobistym faworytem było ciasto fasolowe przygotowane przez Asię Wróblewską, tym bardziej, że było… czekoladowe :D> Każdy z uczestników włożył wiele serca w tę imprezę – kolektyw spokrewnionych dusz; taki niemalże rodzinny wymiar.
Nawiasem mówiąc, wybierając się do Starego Bosewa nie mieliśmy wątpliwości, że będzie to wyjątkowy koncert, w końcu znaliśmy większość z Was już bardzo dobrze, „innych mniej, a jeszcze innych wcale…” <nie, nie, to taki żart, cytat z filmu ;P> ale że doświadczymy aż tyle wspaniałości, to się jednak nie spodziewaliśmy 🙂 jedynym znakiem zapytania była pogoda, gdyż, w razie deszczu, nie było planu awaryjnego, choć zapewne z taaaaką ekipą nawet w największej ulewie byłoby świetnie 🙂 Dziękujemy Wam bardzo Ciszaki, za cudowne chwile!

bosewo peryskopem

Dziękujemy za zaproszenie i ugoszczenie wszystkich przybyłych, szefowej całego zamieszania Anicie Skibińskiej!
Weroniczce Skibińskiej dziękujemy za ręcznie wyrzeźbioną tabliczkę :*

<nawet długo po naszym wyjeździe impreza trwała dalej>
bosewo afterek

<zdj. Magdalena Soliwoda, Robert Krawczyk, Elwira Sztorc>

Po naładowaniu baterii, po kilku dniach, pełni kreatywności wybraliśmy się do Mark Shell Studio celem rozpoczęcia nagrań Projektu Ze Starej Szuflady vol.2
Przed rokiem, podczas powstawania płyty Nieobecność, opisałem dosyć dokładnie, krok po kroku, jak wyglądał każdy dzień twórczego procesu, nie będę więc się powtarzał – przynajmniej od strony technicznej. Muszę jednak szczerze przyznać, że nasze autorskie płyty powstają w sposób odmienny niż właśnie wydawnictwa tego wyjątkowego projektu, mającego na celu ocalić (nie nasze) piosenki od zapomnienia. Po pierwsze, nie pracujemy nad nimi od pierwszej nuty, więc nasze zadanie sprowadza się jedynie do tchnięcia w nie ciszowego pierwiastka, z naciskiem jednak na zachowanie formy zbliżonej do oryginału. Czasem to ciężkie zadanie, by powstrzymać się przed zmianami, jakie nam się nasuwają podczas ogrywania tych utworów ;P Secundo: również sam proces rejestracji przebiegał odmiennie, na luzie, bez spiny, z naciskiem bardziej na klimat utworu niż na perfekcyjnie zagranych dźwiękach. Plus takiego podejścia jest taki, że mieliśmy z tego na pewno więcej zabawy niż przy naszych płytach
studio6
Nie zapominajmy, że płyta Szuflady to również muzyczni goście:

jas fasola na perce
<czekajcie chwilę, właśnie Zyzy zobaczył co wstawiłem i patrzy na mnie takim dziwnym wzrok””oidjdmskflbmxcv kvxnv          oj;dzfikssz’pdvkm’scvkmc’zo”p:o    ;ojns;dlfkmdlkcml./s
………………………………………………………………………………………………………….

No dobra po krótkiej przerwie na opatrzenie ran i posklejanie klawiatury, śpieszę ze sprostowaniem:
praca z perkusją wyglądała tak:
studio5<można przecież połączyć przyjemne z pożytecznym ;P>

studio4.jpg
<tu widzimy jak Mateusz stosuje specjalną technikę uzyskiwania południowo-amerykańskiego akcentu poprzez trzymanie w buzi gorących kartof…. uhwdnf;uiawdn    asd;ofkmalc k dfjawd;lka ;k ;lkka lkdm ………..AAAA  UUUU   AAAAaaa…    ! ! ! ! !
….>

studio3.jpg<wujku Google, powiedz, jak to leciało?>
Postanowiliśmy również, że nagrania będą odbywać się między koncertowymi weekendami (a nie „ciągiem” jak wcześniej) więc po 2 dniach zrobiliśmy przerwę, by pojechać do Wołomina, a ten kojarzy się z bronią… Tak więc przyjechaliśmy zagrać prywatny koncert z okazji 30lecia małżeństwa dla Broni i Zbyszka 🙂 Z racji dalekiej trasy z Kołobrzegu do Wołomina, wyjazd przypadał już na godz 9 rano, co i tak nie pozwoliło nam uniknąć spóźnienia :/wolomin
Początkowy plan zakładał, żeby scena znajdowała się na widocznym tu balkonie, jednak nie mogliśmy zignorować metalowej podłogi, co oznaczałoby każdorazowo przy uderzeniu „stopą” od perkusji głośny odgłos podobny niemal do wystrzału z pistoletu, a to mieszkańcom Wołomina może się źle kojarzyć, zwłaszcza przy tak wzniosłej okazji… ;P
wolomin 2
Nie zważając więc na znikomą ilość miejsca, rozstawiliśmy się na dole, co również pozwoliło nam spędzić ten uroczy wieczór wśród pozostałych uczestników. W związku z pośpiechem nie zdążyliśmy nic zjeść przed koncertem i tu na ratunek przybył Pan Kelner, który zdając sobie sprawę z naszej kłopotliwej sytuacji, pomimo obowiązków związanych z obsługą imprezy, zdołał nam zapewnić szybki posiłek. ZUPA! TAK! Drodzy czytelnicy, nie bagatelizujcie tak, zdawałoby się, trywialnego dania jak ZUPA „spytacie czemu, odpowiem…” 🙂 Można by pomyśleć: „przecież tym się nie najesz” „gdzie jest mięso?!” itp. Otóż najważniejsza jest strategia 😉 Gdybyśmy się najedli do syta (a trzeba zaznaczyć, że różne przepyszne dania tylko czekały na pożarcie przez wygłodniałych muzyków! ;P) to zamiast na scenę poszlibyśmy spać 😀 Tak więc ZUPA jest wyśmienitą strategią przed samym koncertem, pozwala nabrać sił na występ, a jednocześnie nie powoduje nagłej chęci do zaprzyjaźnienia się z Morfeuszem ;P
wolomin selfie
Wystrój tego miejsca, jak widzicie, wprawił nas w niemałe, aczkolwiek pozytywne, zaskoczenie
wolomin skuter
<jak on tam wjechał?…>
Ciekawym jest, że wspominając podobną imprezę sprzed tygodnia (10lecie ślubu Kasi i Andrzeja w Grudziądzu) można by rzec, mieliśmy dwa odmienne obrazki. W tamtym przypadku była to skoczna impreza z tańcami do białego rana, tutaj stonowany wieczorek, przy wymyślnych deserach i wykwintnych trunkach, ozdobiony delikatnym muzycznym wojażem w poetyckie rejony. Ciekawe porównanie – a to tylko 20 lat różnicy 😉 Wyrażając jednocześnie podziw dla siły więzi i temperatury uczucia <nie wiedziałem jak to ująć – po prostu mimo stażu było widać nadal gorącą miłość>, „Starożeńcom” ;P życzymy dalszej wspólnej, pięknej przyszłości i dziękujemy za zaproszenie nas na tak ważne wydarzenie 🙂
Po koncercie mogliśmy spokojnie skosztować wszystkiego czego odmówiliśmy sobie wcześniej. No dobra, skłamałem z tym „spokojnie”… Przecież wbrew pozorom Cisza i spokój nie idą w naszym przypadku w parze ;P Zaraz po kolacji musieliśmy udać się pośpiesznie na nocleg, gdyż właściciel dworku w którym mieliśmy spać poinformował nas, że będzie czekał z kluczem tylko do północy. Mając na uwadze jaką cenę za przekroczenie podobnego deadline’u zapłaciła Kopciuszek, udaliśmy się pod wyznaczony adres gdzie zaskoczyła nas… trwająca w najlepsze dyskoteka… (nawiasem mówiąc właściciela już dawno nie było, a klucze zostawił UWAGA ZASKOCZENIE… portierowi…<facepalm>)
Ok udało się dotrzeć do pokoi, ale co z tego, jak DJ na dole dawał ciągle czadu, no nie idzie zasnąć. Ten sam problem miał zdaje się sympatyczny pan aparycji Popeye’a, który z ukraińskim akcentem zagaił nas na korytarzu: „Ich habe half dynia, do You want trochę?”… Dobranoc Państwu!… ;P
Kolejnego dnia czekała nas podróż do Wałbrzycha, gdzie na zaproszenie Zespołu Pieśni i Tańca „Wałbrzych”, mieliśmy zagrać w Starej Kopalni z okazji Nocy Kupały. Dzień znów zaczęliśmy o 9, a z racji nieprzespanej nocy w rytmach latino oraz italian disco <chyba portier zmienił DJ’a i chciał wrócić mentalnie do swej młodości> nie wstaliśmy na śniadanie. Właściwie to i tak podczas opuszczania noclegu, w sali gdzie były tańce, zauważyliśmy jakąś postać leżącą pod konsoletą, jeśli to był kucharz to i tak byśmy nie zjedli ;P
Z głodu zaczęliśmy mieć halucynacje…
walbrzych 2
Tak więc trzeba było po drodze upolować jakąś żabkę… Nie, no nie zmieniliśmy rejonu kulinarnych upodobań na francuskie, chodziło bardziej o sklep mający w nazwie płaza 😉 Tak czy inaczej, po posiłku, jak to w podróży – nuda – więc przewiniemy (frrrrryyyyt trrrryt trrrryyyt trrrryyyyyt) <no co?! Mój magnetowid wydawał z siebie taki dźwięk!>walbrzych 3walbrzych 6
Na miejscu już na nudę nie można było narzekać 🙂 Bardzo ciekawe miejsce na koncert, prawda? Chociaż takie industrialne klimaty bardziej pasują do zespołów pokroju Rammstein, scenę dzieliliśmy między innymi z zespołem… Trebunie-Tutki!
<tu pragnę wspomnieć przekomiczną sytuację, gdy podczas próby dźwięku, lider tej formacji, pan Krzysztof, na własne ucho sprawdzał poczynania akustyka stojąc przed sceną. Gdy po kilku minutach grania ktoś z zespołu zapytał go „no i jak?”, ten widząc, że jakiś basista z jakiegoś poetyckiego zespołu się temu przygląda, z uśmiechem odrzekł: „zagrojcie porządnie – to wam powiem” ;D (szacun ogromny dla tej żywej legendy muzyki góralskiej za humorystyczne podejście) >

walbrzych 4walbrzych 8
<a gdyby tak podmienić perkusję, to kto by się zorientował?… ;P>
walbrzych 5walbrzych 9
No ale folkloru było tego dnia dużo więcej, przed naszym koncertem wystąpiło mnóstwo zespołów z wielu krajów, prezentując przeróżne formy sztuki – adekwatne do pochodzenia, prawdziwy kulturowy kolaż <a ja nie mam żadnego zdjęcia, eh…>
walbrzychwalbrzych 1walbrzych3walbrzych4
<za to tego zdjęcia nie mogłem sobie odpuścić ;P TAK! Macie rację – w roli głównej Mateusz ;P>
„Stety” dla nas, udało nam się zdążyć przed ulewą (przed mroźnym wiatrem już nie), ale gwiazda wieczoru (wspomniane Trebunie-Tutki) nie mieli tyle szczęścia. Dobrze, że organizatorzy przyszli na ratunek i koncert przeniesiono do wnętrza budynku, gdzie nawiasem mówiąc mieliśmy nocleg. Można?! Można! 🙂 Nazajutrz śniadanko w iście „fabrycznym” wystroju i jedziemy dalej 🙂
walbrzych 7
Ostatni koncert czerwca zagraliśmy w Poznaniu. Dla Michała oraz autora jest to można by rzec – „u siebie” – chociaż przyjęcie, jakie nam zawsze poznaniacy serwują, również pozostałym zapewnia domową atmosferę. Kolejny raz spotkaliśmy się w DK Słońce, by razem z całą salą współtworzyć ten wieczór. Pozwoliło nam to naładować akumulatory, by po weekendzie wrócić do studia i pracy nad płytą <to jest dopiero przejście!!! ;D>studio1.jpg
<jak widać sporo wody upłynęło od rozpoczęcia pracy>
Nie no kiepski żart mi wyszedł, ale to już ze zmęczenia, bo chociaż to przyjemna robota to jednak emocjonalnie zawsze jesteśmy trochę „wyprani” po takiej sesji. No cóż Drodzy Czytelnicy, najważniejsze, że nasze starania za chwilę zaowocują nowymi-starymi dźwiękami zaklętymi w muzyczną Szufladę 🙂
Dziękuję za uwagę i do przeczytania!